5 powodów, dla których lubię mieszkać na wsi…

DSC_0787

Urodziłam się, wychowałam i ponad 27 lat mojego życia spędziłam w mieście; jestem totalnym mieszczuchem, uwielbiam nawet jeździć autobusem!  Jednak zawsze marzyłam o tym, by wyprowadzić się na wieś i zamieszkać w małym białym domku, z zielonymi okiennicami, małą werandą i winogronem oplatającym sciany. Marzyłam, by siedzieć na tej werandzie i pić poranną kawę, obserwując jak dookoła budzi się życie; marzyłam o bułeczkach wypiekanych samodzielnie, jedzonych z własnym dżemem i popijanych mlekiem prosto od jakiejś łaciatej mućki; marzyłam o dzieciach biegających boso po trawie i ganiających motyle; marzyłam, by każdy dzień kończyć na tej samej werandzie, wpatrując się w zachód słońca znad dzbanka z miętową herbatą…
Ale cóż. Życie weryfikuje marzenia i na niektóre wnioski reaguje odrzuceniem, inne łaskawie przyjmuje do realizacji a jeszcze inne zamienia w żenujący dowcip – taki totalny suchar – podobnie jak moje marzenie o białym domku i takich tam bajerach.

Od jakiegoś czasu – owszem – mieszkam na wsi. U teściów, więc chyba nie muszę tłumaczyć zasadności tego suchara. Ponadto nie ma tu żadnego małego domku, a już na pewno nie białego, nie wypiekam bułeczek, nie popijam krowim mlekiem i nie mam werandy. Jednak żale na wieś, w której przyszło mi – mam nadzieję, że tymczasowo – żyć wyleję przy okazji innego wątku.
Co zatem lubię w tej zapadłej dziurze, gdzieś na pograniczu Gór Sowich i Doliny Kłodzkiej?

#1  Zapadłość właśnie

Minimalna ilość hałasu znanego z miasta. Żadnych klaksonów ponaglających tego ciecia przed innym cieciem, co to ruszyć nie może a przecież od nanosekundy pali się zielone i gamoń mógłby jechać! Żadnych hałasów w ciężkie poniedziałkowe poranki, kiedy pod blok zajeżdża smieciara i bębni każdym kubłem z taką zapalczywiścią, jakby o 7.30 rano wszyscy pragnęli słuchać tylko tego dźwięku. Żadnych biesiad okolicznego kwiatu młodzieży na trzepaku przy boisku punktualnie o 22 i zjazdów “absolwentów” i innych mamrotów we wnęce pod klatką obok.

Cisza.

Błoga cisza. Tylko od czasu do czasu przejeżdzający samochód, raz w roku rajd, latem jakiś ciągnik. A tak to tylko ptaszki, gąski, koguciki, bączki i inne pszczółki. Żaden Maurycy nie drze mordy, że Kaśce piosenkę napisał a nawet jeśli napisał, to jej cichutko śpiewa do uszka w lesie albo na łące, bo takich ci u nas dostatek.
Drzemka w hamaczku, na leżaczku? Bardzo proszę, jakieś ćwirki cię spokojnie uśpią a nie ploty sąsiadki na balkonie obok. Nawet psy ciszej szczekają niż w mieście i jakby mniej ich jest, chociaż mogłoby się wydawać, że na odwrót.

Zapadła wieś, cicha i spokojna niczym Hobbiton w Shire…

#2  Ma swoją historię

A ja lubię historie.
Pewnego dnia na przykład znalazłam starą mapę okolicy a na niej oznaczoną linię kolejową, która biegła pod samym domem. Poszłam pokazać ją teściowi i zgłosić błąd – bo jaka znowu linia kolejowa, niby gdzie? W ogrodzie pod wiśnią może? A on, jako że urodzony w tym właśnie domu i wiedzący niemal wszystko o tym miejscu (kochany!) wyjasnił, że owszem, była taka linia. I rzeczywiście, odnalazłam jej ślady a jak już kupię sobie kalosze to przejdę nią wzdłuż i wszerz, bo jak dotąd nie ma nikogo kto by dbał o tę pozostałość po jedynej w obecnych granicach Polski kolei zebatej – ze względu na to, że jej trasa biegnie albo nasypami, zaniedbanymi i zarośniętymi; albo wąwozami, gdzie nie sposób przejść suchą nogą o jakiejkolwiek porze roku. Mój mąż poszedł kiedyś ze znajomymi tą drogą do Srebrnej Góry na majówkę, ale drżałam o niego przez całe dwie godziny, mając przed oczami jedynie ostrzeżenia przed sztolniami pozostałymi po kopalniach, których kiedyś w sąsiedztwie było od groma.
Podobno część dawnego torowiska między Woliborzem a Srebrną Górą – czyli ta najbardziej urokliwa – miała zostać zamieniona w ścieżkę edukacyjną, jednak po dziś dzień nie ma po niej śladu, jedynie stare mapy i okoliczni mieszkańcy pamiętają jeszcze o kolejce sowiogórskiej sprzed stu lat. I ja.

DSC_0798

#3 Ogród i jego skarby

Może i nie mam werandy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyjść rano, usiąść przy stoliczku i pić kawę w otoczeniu kwiatów, których nazw nie znam. Można sobie śniadanko zjeść, a jakże, na świeżym i czystym (naprawdę czystym!) powietrzu, później drugie śniadanko, obiadek, podwieczorek, kolację – właściwie całymi dniami można siedzieć, jeść i pić, bo kto mi zabroni? Opalać się – proszę bardzo. Nago biegać – cóż, nie ma sprawy. Przed wzrokiem najbliższych sąsiadów chronią krzaki malin, pokrzywy i jabłonie. Chyba, że sąsiad w krzakach siedzi, to już gorzej.

A jak się ganianie na golasa znudzi i picie kawy to heja na wiśnie, na czereśnie, zrywać śliwki, maliny, aronie, jabłka – czego dusza pragnie!

W maju za to od zapachu bzów i kwiatów wiśni w głowie się kręci. Serio.

DSC_0505

DSC_0589

DSC_0387

#4 Otwarta przestrzeń

Gdzie okiem nie sięgnąć tam wszystko jak na dłoni. Nie ma tu wysokich biurowców, bloków i kamienic a pobliskie domostwa nie składają się więcej niż z dwóch pięter, a i to bardzo rzadko. Zawsze wiadomo gdzie i którędy się dojdzie, żadnych zaułków i ślepych ulic, a jak się jednak trafi tam gdzie nie powinno to najwyżej pies pogoni. Jak ci dziecko zwieje to też raczej pod pędzący samochód nie wpadnie a już na pewno nie taki, który znienacka wyskakuje zza rogu – zanim dziecko dobiegnie do ulicy zdążysz spokojnie zjeść garść malin i strząsnąć parę śliwek z drzewa a ewetualne niebezpieczeństwo niczym sokół wypatrzysz z odległości dwóch kilometrów. A usłyszysz z pięciu.

DSC_0637

DSC_0630

#5 Odległość do sklepu

Myślę, że można to podpiąć pod zaletę, chociaż tak czy siak klnę codziennie kiedy czegoś mi zabraknie do obiadu a najbliższy sklep znajduje się 6 kilometrów w lewo albo 5 kilometrów w prawo. W zasadzie jednak uważam, że składa się to na dużą oszczędność pieniędzy, bo jeździmy na zakupy dwa albo trzy razy w tygodniu i kupuję to, co mam na liście, sprawdzając wcześniej czego mi potrzeba – żeby właśnie nie być zaskoczoną kiedy okaże się, że zupa będzie niesłona. Gdyby sklep był bliżej i chciałoby mi się do niego codziennie chodzić, wydawałabym więcej kasy na pierdoły niż na potrzebne rzeczy.

Ale czasem jak mam na serio zły dzień, jest prawie północ a nie ma wina w domu i nie można po nie skoczyć do nocnego… Drżyjcie nieboskłony, matka nienawidzi wsi!

DSC_0642

DSC_0600

DSC_0598

DSC_0551

DSC_0621

DSC_0374

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *