5 zawalikątów czyli co mamie się podoba a dziecku niekoniecznie

Tulip Garden

Z moją ciążą było tak, że była nieplanowanym planowaniem: mniej więcej (czyli w żartach) umówiliśmy się z mężem, że z wakacji na Ibizie przywieziemy sobie dzidziusia. Okazało się, że faktycznie Janek do końca życia zostanie naszą pamiątką po majowym wypoczynku na Balearach.
Kiedy opadły emocje związane z dobrą nowiną a pozytywny test ciążowy wylądował w szufladzie (bo nie miałam już komu się nim chwalić) usiadłam do robienia listy rzeczy niezbędnych w najbliższej przyszłości. Przyszłość oczywiście zweryfikowała moje potrzeby i wyszło na to, że sporo gadżetów z mojej listy nie przydało się niemal wcale.

1. Buciki

Po USG połówkowym, kiedy dowiedziałam się, że moim brzuchu siedzi mały mężczyzna pobiegłam do sklepu i kupiłam maleńkie niebieskie buciki. Jaś nigdy nie miał ich na swoich stópkach, bo na początku były za duże a później przegapiłam moment, kiedy mogły pasować. Poza tym bardzo długo Jasiek nie miał żadnych butów – wyszłam z założenia, że skoro nie chodzi tylko jeździ w wózku to wystarczą mu ciepłe skarpetki i owinięcie nóg kocem w razie potrzeby. Zresztą – ubranie mu czapki graniczyło z cudem a co dopiero by było, gdybym próbowała jeszcze założyć wrzeszczącemu dziecku niepotrzebne buty!

1077292_835110386513022_6023302012603282600_o (1)
Staram się nie przegrzewać Jasia. Mieszkałam w Anglii i tam Jasiek się urodził, widziałam jak angielskie mamy ubierają swoje dzieci a w poczekalni u lekarza spotykałam więcej  smarkatych Polaków niż smarkatych angielskich dzieciaków.
Ten nawyk ubierania dziecka adekwatnie do pogody i do jego nastroju przywiozłam ze sobą. Jasiek do połowy września nie nosił butów a czapkę ubrałam mu w październiku, kiedy w drodze powrotnej z Pragi zatrzymaliśmy się w Harrachovie. I nie – ani z braku butów ani czapki mój syn nie chorował a pierwszy katar złapał dokładnie w dniu kiedy skończył rok, podczas zabawy na – uwaga! – zamkniętym placu zbaw. Takim w budynku, nie na zewnątrz.

O ubieraniu dziecka napiszę też kiedyś osobny post.

12029717_1040560835967975_4194356947201060808_o (1)

 

2. Leżaczek – Bujaczek

Mieliśmy sporo zabawy z mężem, kiedy pół godziny studiowaliśmy instrukcję skręcenia bujaczka FisherPrice. Bujaczek- zamówiony z Polski – kosztował około 160 złotych, nie pamiętam dokładnie, ale pamiętam ile razy Jaś się w nim bujał. Trzy!
Raz udało mi się go w nim uspać na dwadzieścia minut, za drugim razem musiałam gdzieś Jasia umieścić żeby w spokoju zrobić obiad a za trzecim wykorzystaliśmy bujaczek, kiedy pakowaliśmy się przed powrotem do Polski. Były to trzy sytuacje, gdy Jasiek w ogóle zechciał w bujaczku siedzieć, bo ani kolorowe zawieszki ani grający słonik nie wzbudzały jego zainteresowania na tyle, by go w nim na dłużej posadzić, o bujaniu już nie wspominając.
Bujaczek buja się sam, na szafie, w towarzystwie innych nieprzydatnych gratów.

Y7872

 

3. Przebierak z wanienką / wanienka

W piątym albo szóstym miesiącu ciąży pojechaliśmy z mężem do Ikei, żeby kupić łóżeczko i parę innych drobiazgów. Mąż uparł się na wanienkę, bez której nie chciał wyjść ze sklepu. Kosztowała 6 funtów (w Polsce kosztuje 17,99 – tu link) więc się zgodziłam ale miałam jakieś niejasne przeczucie, że będzie zawadzającym gratem. Nie pomyliłam się dużo, bo parę tygodni później zamówiłam przewijak z wbudowaną wanienką – całość służyła nam jakieś 2-3 miesiące. Przewijak (ok. 80 funtów, w Polsce na allegro około 400 zł) był wysoki, dzięki czemu mąż nie musiał się schylać, pod spodem były półki na pieluchy czy inne pierdółki a po odpięciu i odsunięciu części do przewijania ukazywała się wanienka. Dzięki temu, że wszystko było na kółkach i miało rurkę przez którą odpływała woda, mogłam kąpać Jasia sama, nawet wtedy kiedy męża nie było w domu i nie miałam problemu z nalewaniem i wylewaniem wody. Przez ten czas wanienka z ikei zbierała kurz.

pobrane
Przewijak służył krótko, ponieważ z biegiem czasu przebieranie Jasia na nim stało się ryzykowne: wiadomo, że ruchliwe dziecko + wysokość = kłopoty. Mając 3 miesiące nie mieścił się już do wbudowanej wanienki. Pod koniec maja przyleciałam do Polski, Jasiek kąpał się od tej pory w “dorosłej” wannie. W lipcu, kiedy mąż zjechał do Polski z resztą naszego dobytku, przywiózł ikeowską wanienkę i dopiero wtedy Jaś zaczął z niej korzystać – uwaga – w upalne wieczory, gdy kąpałam go na balkonie. We wszystkich innych przypadkach w grę wchodziła tylko duża wanna w łazience, ponieważ każda kąpiel kończyła się potopem.
Plusy przewijaka: nie trzeba się schylać przebierając dziecko, zawiera półki i pojemniczki do schowania szamponu, myjki czy płynu do kąpieli, jest mobilny więc łatwo go przesunąć, dzięki niemu oszczędzamy miejsce bo jest urządzeniem 2w1, rurka odpływowa ułatwia wylanie wody.
Minusy: chcąc nie chcąc zajmuje sporo miejsca, dziecko szybko wyrasta więc jest to inwestycja krótkoterminowa a kąpanie w nim 6 miesięcznego szkraba uznałabym za ryzykowne, bo to jednak ponad metr nad ziemią.
Do kąpieli nadal służy nam duża wanna, a w przypadkach nagłych (czyli rzadka kupa aż po pachy) Jasiek bierze szybki prysznic.

10472825_864335326923861_2834399210597247071_o

 

4. Sudocrem

Moja siostra jest dumną mamą trójki dzieci i przy każdym z nich stosowała sudocrem na pieluszkowe odparzenia. Idąc za jej doświadczeniem jeszcze na długo przed urodzinami Jasia zaopatrzyłam się w pojemniczek 400 g, który kosztował niecałe 5 funtów (w Polsce nieco więcej, około 30 zł), używałam go od lutego do czerwca, później oddałam babci to co zostało i kupiłam nowy. Ten nowy wylądował w koszu na śmieci, ponieważ pupa mojego dziecka posmarowana nim, stała się nagle czerwona i pokryła się krostkami. Krem nie był przeterminowany, wcześniej otwierany i nie mam pojęcia dlaczego skóra dziecka tak zareagowała, tym bardziej, że już miała z sudocremem do czynienia. Kupiłam bepanthen baby w tubie 100 g i bez problemów używam do dziś.
Sudocrem, który oddałam babci pomógł jej w odparzeniach, które miała pod piersiami. Był to ten pojemniczek, który kupiłam jeszcze w Anglii i podejrzewam, że może w Polsce trafił mi się jakiś “lewy”.

 

5. Mata edukacyjna

Matę dostałam w prezencie od siostry. Nie ukrywałam swojego zadowolenia, bo od jakiegoś już czasu nosiłam się z zamiarem kupna jakiejś. Niestety, powtarza się tu historia bujaczka, ponieważ na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy Jasiek wyraził chęć leżenia na macie i gapienia się w wiszące na pałąkach lusterka i inne misie. Nawet kiedy już siedział mata nadawała się najlepiej do wycierania podłogi, co Jasiek robił z ochotą. Nie płaciłam za nią, ale z tego co wiem, można matę mieć już od 100 zł a jeśli istnieje obawa, że dziecko potratuje ją tak, jak mój syn, czyli zamieni w ścierkę do podłogi – warto odkupić używaną, wtedy cena będzie przynajmniej o połowę niższa.

 

Kupić czy nie kupić?

Podobnych “zawalikątów” nabyłam jeszcze kilka, ale dałam im drugą szansę i czekam, z nadzieją że do czegoś się przydadzą. Jestem za to z siebie dumna, że nie uległam samej sobie i nie kupiłam chodzika. Matko, cóż to by był za dramat!
Oczywiście wymienione wyżej rzeczy mogą się przydać, mogą też okazać się niezbędne – zależy komu. Nie mówię, żeby nie kupować wanienki czy skreślić sudocrem, ale zbyt często ulegamy reklamom i pomysłom znajomych czy rodziny i wydajemy pieniądze na takie niezbędniki, które po weryfikacji przez rzeczywistość okazują się zupełnie niepotrzebnym nabytkiem lub takim, bez którego dałoby się obejść.
Zanim więc wydacie mnóstwo pieniędzy na rzeczy, które są tylko ładne lub “mogą się przydać”. zastanówcie się racjonalnie nad listą zakupów lub zagwarantujcie sobie rynek zbytu, który w razie czego odkupi zawalikąty 🙂

Pięknego dnia!

Kasia

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *