Jak oswoić dziecko, czyli życie po życiu

SAM_5069

Zanim kopsnęło mnie to szczęście i zostałam mamą, moja codzienność wyglądała zupełnie inaczej niż dziś a mogłabym nawet powiedzieć, że w ogóle nie wyglądała. Pracowałam osiem godzin dziennie – na drugą zmianę, chodziłam spać bardzo późno i wstawałam w okolicach południa. Gotowałam obiad dla dwóch osób, spędzałam wieki przed lustrem, brałam godzinne prysznice, czytałam kilka książek w miesiącu i spotykałam się z przyjaciółmi na wielogodzinne “nasiadówki” przy stole zastawionym sałatkami, czipsami i alkoholem. Urlop oznaczał mniej więcej to samo – z tą różnicą, że osiem godzin spędzałam na plaży a nie w pracy. W weekendy miałam czas na grilla, zakupy i wypad nad jezioro.

Nowa rzeczywistość

Kiedy urodził się Jaś moje dotychczasowe życie stanęło na głowie. Myślałam, że będzie pięknie, że dziecko będzie dużo spało a ja będę miała czas dla siebie, by wykaraskać się z pociążowych dolegliwości, zrzucić wagę i odespać zarwane noce.
Rzeczywistość z którą się wtedy zderzyłam powaliła mnie na łopatki.

Nie jadłam więcej niż raz dziennie, bo za każdym razem kiedy tylko pomyślałam o jedzeniu okazywało się, że moje dziecko jest bardziej głodne ode mnie. Musiałam opanować tak zwany “szybki prysznic” a na dłuższy relaks w wannie mogłam pozwolić sobie raz w tygodniu, kiedy Jasiem zajmował się tata. Zupełnie zapomniałam czym jest makijaż, nie dbałam o to, czy do sklepu wyjdę w dresie, piżamie czy dżinsach, moje włosy pożegnały się z maskami i odżywkami a prostownica wylądowała na dnie szafy. Skończył się czas na wszystko – zaczęła się walka z czasem. I z samą sobą.

Dopadł mnie baby blues.
Unikałam patrzenia w lustro, bo widziałam w nim grubą, niezdarną babę, z kołtunami na głowie. Miałam wyrzuty, że nie karmiłam syna piersią. Modliłam się, by Jaś spał w dzień dłużej niż 30 minut i by nie budził się w nocy tak często. Płakałam na widok jego czerwonej od uczulenia buzi i wysypanych krostkami rączek, płakałam kiedy miał kolkę i kiedy nie rozumiałam czego chce. Płakałam nocami, użalając się nad sobą i marząc, by ktoś zabrał go ode mnie na kilka dni. Płakałam, kiedy przeczytałam wpis Agnieszki Maciąg na jej blogu o tym, że “życie sprzed dziecka” już nie wróci, bo nie ma już “przed”, jest TERAZ.

baby-556931_1280

Życie “po”

Kiedy odwiedziła mnie położna, oznajmiła, że mam depresję, zaproponowała mi terapię i kurację lekami, które stabilizują poziom hormonów. Powiedziałam jej wtedy, że się nad tym zastanowię.
Na szczęście diagnoza “depresja poporodowa” w moim przypadku była nadużyciem. Owszem, miałam chwile zwątpienia, chodziłam smutna i zapłakana a na swoje dziecko patrzyłam z miłością tylko wtedy, kiedy słodko spało, ale nawet przez  moment nie miałam ochoty wyrzucić go przez okno, utopić czy udusić; oddać do adpocji, zostawić jakiejś miłej rodzince pod drzwiami czy choćby cofnąć czas i nigdy go nie urodzić.

Samo stwierdzenie położnej, że cierpię na depresję dało mi potężnego kopa. Jak to, ja i depresja? Terapia, prochy?
O, nie! Nie ma mowy!

Do dziś nie wiem, co wtedy dało mi siłę, by wstać z kanapy i podjąć walkę z nową rzeczywistością. Postanowiłam, że nie mogę pozwolić na utrzymywanie w głowie lęków o nieznane, wyobrażanie sobie najgorszego, rozpamiętywanie przeszłości i myślenia w kategoriach “co by było gdyby”. Miałam dziecko, moje życie od tej pory będzie wyglądało inaczej, musiałam wziąć się w garść i żyć dalej, nawet gdyby każdy kolejny dzień był co raz większym wyzwaniem.

Kiedy pięć dni później oznajmiłam położnej, że nie potrzebuję żadnych leków i porad specjalistów, była niepocieszona i delikatnie próbowała namówić mnie na zmianę zdania.
Nie dałam się, mimo że wiedziałam, iż już za parę godzin czeka mnie najwięsza próba od dnia narodzin syna: miałam zostać z nim zupełnie sama niemal na tydzień – bez pomocy męża, mamy czy kogokolwiek innego.

Wstać z kolan…

Teraz mogę śmiało powiedzieć, że czas spędzony sam na sam z dwutygodniowym dzieckiem był dla mnie najlepszą terapią. Nie obyło się bez łez, żalu, gniewu, niezrozumienia. Nie mogłam liczyć na nikogo poza sobą samą i nie będzie przesadą stwierdzenie, że życie mojego dziecka zależało wtedy tylko i wyłącznie ode mnie.
Wcześniej mogłam pozwolić sobie “zapomnieć” nakarmić syna, bo nad wszystkim czuwała moja mama – wiedząc, że jeszcze nie odzyskałam sił, by udźwignąć ciężar odpowiedzialności za małe, bezbronne życie – wiele rzeczy wykonywała za mnie.

Kiedy zostałam sama nie było miejsca na wymówki. Nie ważne, że byłam nieszczęśliwa, zmęczona, śpiąca, że wstawałam w nocy kilka razy, że nie miałam żadnego wsparcia, że prawie nic nie jadłam, nie sprzątałam domu i nie zmywałam góry naczyń a robienie szybkich zakupów online to jedyne, na co mogłam sobie pozwolić. Najważniejsze było moje dziecko i to, żeby żadne z nas nie musiało cierpieć z powodu mojego baby bluesa.

…otrzepać się…

Rzucona na głęboką wodę – tylko ja i dwutygodniowy noworodek – musiałam sobie radzić. Nie mogłam ignorować jego płaczu nakładając poduszkę na głowę, nie mogłam udawać, że wszystko jest w porządku skoro wiedziałam, że nie było. Nie mogłam nie wstać w nocy i nie zrobić mu mleka, nie mogłam o nim zapomnieć choćby na chwilę.

Nie obyło się bez łez i wściekłych telefonów do męża, który przebywał tysiące kilometrów dalej, żeby mu wykrzyczeć jak bardzo go nienawidzę za to, że musiał wyjechać na te kilka dni i zostawił mnie zupełnie samą.
Nie obyło się bez użalania nad sobą, walenia pięścią w poduszkę i zagryzania warg.

I mimo tych wszystkich negatywnych emocji, które wówczas odczuwałam, udało mi się ogarnąć.

WP_20150307_18_59_13_Pro

…i iść dalej!

Ponieważ nie mogłam biegać po schodach z maleńkim dzieckiem z piętra na parter i odwrotnie (żeby zrobić mleko, herbatę, kawę, kanapkę, cokolwiek) i nie mogłam go zostawić w jego pokoju w łóżeczku, bo odmawiał spania w nim – postanowiłam spać w salonie na dole. Zniosłam na dół ogromny dmuchany materac, który zajął większą część pokoju, przestawiłam kanapy, stół i urządziłam nam sypialnię obok kuchni.
Trzeciej nocy wiedziałam już o której mniej więcej Jaś będzie głodny, ile mleka zje i jak długo to potrwa. Miałam przygotowany telefon z budzikiem, przegotowaną wodę i laptopa z filmem – żeby bezsensownie podczas karmienia nie gapić się w ścianę albo nie zasnąć w fotelu z dzieckiem w ramionach.
Wiedziałam też, kiedy zacznie się kolka, jak długo będzie się męczył, wiedziałam co go uspokaja, co bardziej denerwuje i jaką muzykę puścić by go trochę wyciszyć.

Z każdą kolejną godziną dowiadywałam się więcej o moim dziecku, poznawałam jego rytuały, kiedy chce spać, kiedy jeść, kiedy ma ochotę na zabawę.

Mąż po powrocie z wyjazdu był zaskoczony jak wielu rzeczy nauczyłam się w ciągu tych pięciu dni i później nie mógł się nadziwić jak dałam sobie radę sama.

A ja po prostu nie miałam wyjścia!

Musiałam stanąć na nogi, wziąć się garść i zająć dzieckiem. Nadal nie miałam czasu na makijaż, fryzurę czy ubranie się w coś innego niż dres lub piżama, ale mój syn był czysty, przebrany, nakarmiony i szczęśliwy. I tylko to się liczyło.

Osiem miesięcy później…

Teraz, kiedy Jaś jest już o wiele większym i bardziej rozwiniętym dzieckiem a ja poznałam go z każdej strony na tyle, że rzadko jest w stanie mnie zaskoczyć (chyba, że chodzi o nową umiejętność, jak siedzenie czy turlanie;)) udaje nam się żyć w pełnej zgodzie i zrozumieniu. Wiem doskonale o której rano się obudzi, kiedy będzie głodny, czy ma ochotę poskakać w skoczku czy iść na ręce do babci, czy moge dać mu banana i zostawić go na kilka minut samego.  Wiem, że w ośmiu przypadkach na dziesięć kiedy płacze, robi to, bo albo czegoś nie dostał, albo próbuje coś wymusić 😉 Wiem kiedy nadchodzi pora drzemki, wiem ile czasu wytrwa na spacerze bez prób wydostania się z wózka. Wiem, że bardziej niż kolorowe zabawki interesują go laptopy, telefony, kable i mój kapelusz znad morza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czułe słówka w Pradze 🙂

I choć czasami, kiedy budzi się w nocy po raz dwudziesty, rozkopuje kocyk, rzuca smoczkiem, uderza rączką w klawiaturę czy ciągnie mnie za włosy i wkłada paluszki do mojego oka – mam ochotę wyjść z domu i wrócić po roku – wiem, że najgorsze już za mną.

Bo wtedy nie wiedziałam o nim nic.
Teraz wiem wszystko 🙂

Pięknego dnia!

Kasia Fudro

Zapisz się do newslettera i dołacz do 4 subskrybentów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *