Jak przetrwać jesień, czyli antydepresant w pigułce

Po wyjątkowo upalnym (i długim) lecie nadeszła jesień – taka prawdziwa: siąpi deszcz, wieje, dmucha, trzeba podkręcić ogrzewanie i wyjąć z szafy puchową kurtkę. Piękne kolory zmieniły się w paskudną breję z liści, błota i czegoś tam jeszcze, słońce z dnia na dzień jakby zapomniało, że ma grzać a niebo sprawia wrażenie, jakby miało nam za chwilę spaść na głowy…

I chociaż do połowy listopada na termometrach było 15 stopni, to nie ma się co łudzić, że globalne ocieplenie wyeliminuje coroczny listopadowy okres złego samopoczucia. Ta chwila zawsze nadchodzi…

Kiedyś, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły, moja “jesienna depresja” zaczynała się dokładnie 1 września (chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego) żeby właśnie w listopadzie uderzyć z całą mocą.
Raz, że był listopad a sama nazwa tego miesiąca może popsuć humor (takie ćwiczenie: zamknij oczy i wyobraź sobie maj, powiedz “maj”, pomyśl “maj” a później otwórz oczy i powiedz “listopad” 😛 O ile akurat jest listopad 😛 ).
Dwa, że w listopadzie mam urodziny a to bardzo źle się składa (zawsze marzyłam o wielkiej urodzinowej imprezie nad jeziorem – grill, ognisko, kąpiele i te sprawy).
Trzy, że trzeba było ZAWSZE przycisnąć z nauką bo za chwilę koniec semestru a tu zawsze coś nie tak z matmą, religią albo wuefem 😉
Cztery, bo tak i już!

Teraz, kiedy już do szkoły nie chodzę i jeszcze nie muszę prowadzić tam swojego dziecka (cały czas intensywnie myślę jak tego w przyszłości uniknąć – dla dobra nas obojga) i kiedy wiem, że to wcale nie jest depresja tylko taka tam chandra (róźnicę znają ci, którzy mają dzieci) moje złe samopoczucie zaczyna się z chwilą, gdy o 16 jest za ciemno, by bez włączania światła poczytać gazetę i gdy zdaję sobie sprawę, że nawet norweskie bambosze nie są w stanie ogrzać moich zmarzniętych stóp.

Jak więc przetrwać listopad (i umówmy się, że pierwszą połowę grudnia też) żeby nie wylądować w białym kaftanie wiązanym ładnie z tyłu w jakimś uroczym pokoju bez klamek lub w łózku, pod kołdrą z mocnym postanowieniem: “nie! w tym roku ABSOLUTNIE nie wychodzę stąd do wiosny!”?

Powiedziałabym, że najlepszym sposobem jest intensywne myślenie o świętach Bożego Narodzenia i związanych z tym bonusach już od października a nawet od września – oczywiście jest to opcja dla tych, którzy te święta lubią, bo znam takich, co wolą ten okres przespać (w sumie to też dobre rozwiązanie!).
Jeśli samo wyobrażanie sobie świąt i odliczanie do nich nie wystarcza, proponuję zrobić plan na każdy dzień i konsekwentnie się go trzymać – zobaczycie wtedy jak szybko minie Wam tych kilka tygodni. Trzeba przy tym pamiętać, że w grę nie wchodzi oszukiwanie, czyli:
1. nie robimy planu na zasadzie “poniedziałek – piątek odwalam co muszę w robocie, sobotę i niedzielę przesypiam”
2. nie planujemy również “na śpiocha i z bani: poniedziałek-niedziala śpię i tak aż do wigilii”

Plan na każdy dzień ma być inny, tak żeby czas szybko zleciał i żebyśmy nawet nie zauważyli, kiedy ten listopad zamienił się w kwiecień i już jest wiosna.
Przykład? Bardzo proszę:

pon – po pracy upiekę ciasto marchewkowe
wt – przed pracą umyję okna
śr – obdzwonię wszystkie koleżanki
czw – wieczorem pojadę na zakupy do Tesco
pt – obiorę 5 kilogramów ziemniaków
sob – zrobię frytki z 5 kilogramów ziemniaków
nd – pojadę do Ikei pooglądać sypialnie i kuchnie
————-
pon – wytrzepię wszystkie dywany
wt – zrobię zakupy sąsiadce
śr – upiekę tort szwarcwaldzki
czw – wsiądę do autobusu na jednym końcu miasta, wysiądę na drugim i pojadę z powrotem
pt – obejrzę maraton Gwiezdnych Wojen
sob – pół dnia prześpię a później pomyślę
nd – objadę wszystkie giełdy i targowiska w okolicy

itd., itp., bla bla bla…

Proste? Proste! Wystarczy mieć trochę chęci i inwencji twórczej, wtedy żaden listopad nie jest straszny a na depresje, chandrę i próby popełnienia samobójstwa zabraknie czasu.
Ja mój plan układam z tygodniowym wyprzedzeniem, idzie mi to świetnie i jeśli jesteście ciekawi to na przyszły tydzien zaplanowałam pojechać nad jezioro, zrobić selfie i wrócić do domu; ugotować bigos; pooglądać sprzęt do snowboardu w sklepie online, znaleźć świąteczną tapetę na pulpit, zrobić bałwanka ze skarpety i ryżu, odwiedzić kogoś, kogo nie lubię ale muszę i w niedzielę zrobić mężowi awanturę, bo już dawno u nas cisza.

Jeśli w planowaniu jesteście kiepscy to warto każdego dnia znaleźć coś, na co warto czekać. Np. w poniedziałek i wtorek w tv jest M jak Miłość, czyli “aby do 20:30, potem zleci”, w środę Na dobre i na złe, w czwartek jakieś Przyjaciółki, w piatek O mnie się nie martw a w weekend można bez skrupułów odespać, żeby mózg odpoczął po tak intensywnym tygodniu. I co? I siedem dni jak w mordę strzelił!
Jak mi nie uda się zaplanować tygodnia to idę tym tropem i każdy ponury jesienny dzień zabijam tak:
“O, już 16, za godzinę Fiorella, potem coś się obejrzy, jutro znów Fiorella, pojutrze też Fiorella i zaraz będzie piątek a później weekend, w sobote coś się wymyśli, w niedzielę trzeba odpocząć i zleci…” 😛

 

Uwaga!
Pamiętajcie, że każdy lek trzeba stosować z umiarem!
Jeśli w styczniu okaże się, że Wasz plan na każdy dzień jest rozpisany aż do kolejnego grudnia, to znak, że chyba rzeczywiście macie depresję! W końcu to nie jest normalne, żeby tak czesto jeździć autobusem w kółko i obierać kilogramy ziemniaków. No i nie można mieć doła cały rok i zwalać to na listopad…

😀
Pięknego tego i owego!

Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *