Kiedy myślę, że już dłużej nie dam rady…

DSC_0405

Dziecko to wysysacz siły, energetyczny wampir, który zawsze chce więcej i więcej. A matka nie robot, raczej wszechstronnie uzdolniona żywa zabawka, która też potrzebuje czasami naładować baterie. Zwłaszcza, kiedy na horyzoncie pojawia się stos brudnych naczyń, góra prania, obiad do zrobienia, mycie okien, sprzątanie zabawek po raz tysięczny albo – nie daj Boże – odwiedziny cioci z Ustrzyk Dolnych. Co zatem daje energetycznego kopa, kiedy zaczynają przepalać się przewody?

Poranne ćwiczenia

Niemal każda matka to łaknące snu zwierzę, które zbudzone bez bardzo ważnego powodu jest wyraźnie wrogo nastawione do świata, dlatego nie napiszę tutaj “wstań przed dzieckiem i poćwicz” bo sama wiem, że to nierealne, a jeśli nawet – to sorry, ale ja należę do tych osób, które celebrują każdą minutę spędzoną w objęciach Morfeusza. Jest jednak kilka sposobów na to, by nie nastawiać budzika na “przed dzieckiem”.
Poranne ćwiczenia najlepiej wykonywać od razu po wstaniu z łóżka i nie ma sensu sobie wmawiać, że przydałaby się szybka kawa albo makeup do selfie, bo ani jedno ani drugie nie jest w tej chwili potrzebne.
Poranny trening pomaga przełączyć ociężały mózg na tryb maksymalnej wydajności, nastawia pozytywnie poprzez zwiększoną produkcję endorfin (czyli hormonów szczęścia), doprowadza do organizmu więcej tlenu, poprawia przepływ krwi i rozluźnia ciało a w efekcie ładuje akumulator lepiej niż jakakolwiek kawa. Wystarczy 5-10 minut dziennie!
Do ćwiczeń najlepiej zaangażować dziecko – można z nim podskakiwać, robić skłony, przysiady i milion akrobacji a jeśli bobas jest zbyt mały, to albo będzie z zainteresowaniem przyglądał się twoim wygibasom albo możesz się rozciągać trzymając go na rękach.
Wszystko jest do zrobienia i wcale nie trzeba wstawać przed dzieckiem!

Jogging

Uwielbiam – kiedy tylko mam możliwość – wskoczyć w ulubione adidasy i popędzić przed siebie, nawet jeśli owo “przed siebie” kończy się 200 metrów dalej. Nigdy nie byłam dobra w bieganiu: zawsze pierwsza łapałam zadyszkę i jako ostatania docierałam do mety, ale te chwile, kiedy czuję wiatr we włosach, pot spływający po tyłku i pierwsze oznaki kolki są dla mnie bezcenne!
Po takiej przebieżce, nawet kilkuminutowej, mam ochotę góry przenosić a wbieganie po schodach na 10 piętro bloku to dla mnie pestka, czymże więc jest 12 kolejnych godzin, które mam spędzić z dzieckiem?
Bieganie to dość spory wysiłek dla poczatkujących, jednak daje w zamian wiele korzyści – działa antydepresyjnie, wzmacnia odporność, dodaje energii (a o to właśnie chodzi, prawda?) i odchudza. A satysfakcja z kolejnego pokonanego dystansu wynagradza każdy ból.
Podobno można biegać nawet z wózkiem, ale nigdy nie testowałam takiej możliwości – zwykle na ten czas zostawiam dziecko pod opieką taty lub babci. Jeśli nie chcecie uprawiać joggingu w samotności, warto dołączyć do jakiejś grupy – są też takie specjalnie dla mam z dziećmi i podejrzewam, że one wiedzą więcej na temat wózkowego joggingu 😀

Kawa

Tak, wreszcie. Jedna z najpopolarniejszych używek na świecie, stawiająca na nogi zaspane matki, imprezowiczów na kacu i studentów tuż przed kolokwium.
Statystyczny Europejczyk wypija 4 filiżanki kawy dziennie. Przeciętny Kowalski wlewa w siebie 90 litrów kawy rocznie!
Ziarna kawy zawierają mnóstwo wartościowych substancji: węglowodany, błonnik, białka, antyoksydanty, witaminy z grupy B i kwasy organiczne. Kofeina występująca w kawie działa pobudzająco na układ nerwowy, przyspieszając procesy myślowe, zwiększa pamięć krótkotrwałą i ułatwia koncentrację. Trzeba jednak pamiętać, że potrzeba około trzech godzin aby kofeina osiągnęła największe stężenie we krwi – dopiero wtedy ma najsilniejsze oddziaływanie na układ nerwowy, nie ma więc co liczyć na jeden zbawienny łyk kawy, który natychmiast postawi nas na nogi. Swoje trzeba odczekać, warto więc najpierw dotlenić mózg krótkim terningiem a później uraczyć się pyszną kawą 🙂

Muzyka

Nie wiem jak wam, ale mi nic tak nie daje solidnego kopa i zastrzyku pozytywnej energii jak dobra muzyka. Zwłaszcza, kiedy dziecko pałęta się między nogami, próbując wdrapać się na moje ręce jak miś koala po eukaliptusowym drzewie a mi się wydaje, że mój kręgosłup zacznie za chwilę żyć własnym życiem tuż obok mnie. Jedynym ratunkiem staje się wtedy jakiś kanał muzyczny w telewizorni, bo rytmiczna muzyka zmusza do ruchu i mnie i moje dziecko. Po kilku szybkich kawałkach jesteśmy wyskakani, dotlenieni, spoceni, szczęśliwi i roześmiani a wszystko to powoduje, że
a) moje baterie pulsują tak intensywnym zielonym światłem, że sprzątanie, zmywanie, pranie i mycie okien jestem w stanie ogarnąć w 30 minut i mam ochotę na więcej;
b) Janek szybciej pada wieczorem i nie muszę znów popisywać się swoim wokalem żeby go uspać
Ostatnimi czasy hitem w naszym domu jest Justin T. i przy “Can’t stop the feeling” jak szaleni robimy “dance, dance, dance“.

O czym naprawdę marzą matki

Spójrzmy prawdzie w oczy: ani ćwiczenia, ani jogging dookoła kuli ziemskiej, ani mega mocna kawa z guarany ani nawet Justin T. nie da żadnej matce takiego kopa, żeby raz na zawsze zapomniała o tym, że za kilka godzin zacznie się kolejna nieprzespana noc a później nadejdzie kolejny męczący dzień. Nie da się przygotować w stu procentach na kolejne wyżymanie na pół miliona sposobów a matka zawsze będzie zmęczona. Koniec, kropka.
Właściwie na tym chyba polega macierzyństwo: żeby raz na zawsze zapomnieć o tym, jak się było wypoczętym i wyspanym i by skupić się na komforcie dzieci a nie na swoim.
W każdym razie mogę się założyć, że większość mam, zapytana o to, jak chciałaby odpocząć, odpowiedziałaby tak, jak ja:
Chciałabym wstać o 11, zbudzona cudowną, euforyczną myślą, że się wyspałam. Zrobiłabym kilka skłonów, przysiadów, może nawet brzuszków. Wypiłabym filiżankę gorącej kawy. Wzięłabym długi prysznic. Zjadłabym śniadanie czytając najnowsze ploteczki. Pojechałabym do spa na czekoladowy masaż. W samochodzie słuchałabym swojej ulubionej muzyki. Poszłabym na zakupy. Do kina. Na manicure. Na drinka z przyjaciółkami. Wieczorem wzięłabym długą kąpiel w wannie pełnej piany, Usiadłabym w wygodnym fotelu, pijąc wino i czytając książkę albo obejrzałabym “Seks w wielkim mieście” od początku do końca. Chciałabym najnormalniej na świecie mieć jeden wolny dzień. Bez krzyków, pisków, płaczu, szarpania za włosy, robienia mleka tysiąc razy, proszenia o spokój, o posprzątanie zabawek. Bez kłótni z mężem, bez marudzenia, bez wywracania oczami, bez świadomości, że to muszę a tamtego nie mogę. Wtedy dopiero bym odpoczęła i naładowała baterie na cały kolejny rok… 

I tyle w temacie.

DSC_0111 DSC_0120 DSC_0305 DSC_0405 DSC_0439 DSC_0343

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *