Nie wiem, co ja widzę w tym Bałtyku…

DSC_1649

Uwielbiam polskie morze. 
Serio, nie wiem dlaczego. W zasadzie mierzi mnie ten cały bałtycki plastik-fantastik, wkurzają mrożone ryby smażone razem z frytkami w głębokim oleju, nie cierpię zielonej od glonów wody, krew mnie zalewa, kiedy widzę ten ocean parawanów, gołe owłosione bębny emerytowanych Zenków i Janusza w skarpetach i sandałach; nie lubię chłopców krzyczących o gorącej kukurydzy i zimnej kawie, śmieszą mnie stragany z chińskimi muszelkami i wszyscy ci performerzy, wygłupiający się za kilka groszy. 
Ale to wszystko ma w sobie jakiś klimat – taki, że nieznana siła rok w rok ciągnie mnie do tego kiczu. Srał pies jakieś Hiszpanie i Grecje, ja MUSZĘ jechać nad Bałtyk! 

W tym roku jednak zrezygnowałam z małych nadmorskich kurortów – choć nie powiem, Łeba naprawdę mnie kusiła – i uzgodniliśmy z lubym, że celujemy w Gdańsk. Mimo ogromnych problemów ze znalezieniem noclegu za mniej niż 400 zł za noc, udało się nam wynająć przytulne dwupokojowe mieszkanko na gdańskim Brzeźnie, skąd do plaży przy brzeźnieńskim molo mieliśmy zaledwie 5 minut spacerkiem.

Brzeźno ma to do siebie, że leży pomiędzy głośnym, straszliwie zatłoczonym Sopotem i równie obleganym Gdańskiem, dlatego brzeźnieńska plaża była idealnym miejscem na odpoczynek. Zero parawaningu, zero sprzedawców kukurydzy i mało ludzi – a lody, ryby i gofry takie same jak wszędzie.

Sopot niestety odstraszył nas skutecznie – nie dość, że po Monciaku poruszaliśmy się jak na procesji w Boże Ciało, nie dość, że do kas na molo była gigantyczna kolejka to jeszcze w kawiarni odstaliśmy dobre 20 minut w ogonku, tylko po to żeby złożyć zamówienie na kawę i rurkę z kremem. Było mi strasznie żal wyjeżdżać stamtąd w takich nerwach jakie miałam, bo kocham Sopot ale chyba o wiele bardziej lubię jeździć tam, kiedy kończy się sezon.

Będąc na Mazurach Janek zrobił nam niezłą aferę, kiedy próbowaliśmy nakłonić go do zamoczenia nóg w jeziorze a kiedy tylko dotykał stopami piasku wpadał w prawdziwą histerię. Nad morzem okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny – ani woda ani piasek nie stanowiły dla niego problemu, jednak zauważyłam, że największą frajdę sprawiało mu wpatrywanie się w morze, statki i mewy. Zaliczył też jazdę białym audi, gofry z malinami i bitą śmietaną, żelkowe robale, przejażdżkę kołem widokowym i kilka innych atrakcji.

DSC_1328

DSC_1348

DSC_1354

DSC_1360

DSC_1337

DSC_1342

DSC_1393

DSC_1426

Gdańsk lubię zwłaszcza w sieprniu, kiedy na ulicach starówki rozkłada się jarmark dominikański. Na straganach jest dosłownie wszystko – od lizaków z minionkami, przez dobrej jakości szale aż po zupełne starocie. Zawsze spaceruję też Długim Pobrzeżem nad Starą Motławą a podniebienie raczę na Piwnej. Ostatnio miałam przyjemność obcować z pyszym tatarem w TIME OUT Restaurant & Sport. Z takim mięsnym tatarem rzecz jasna, nie z Tatarem 😛

Na nieszczęście już po wakacjach. W to lato przeszliśmy samych siebie – najpierw tydzień w Hiszpanii a póżniej przejechaliśmy ponad 2 tysiące kilometrów po Polsce, bo byliśmy nie tylko nad moim “obowiązkowym” morzem ale i na Mazurach, w Łodzi, Warszawie i Opolu. Limit wycieczek wyczerpany. Janek spisał się świetnie i nie dał nam odczuć w żadnym momencie, że już ma dość tych podróży.
To chyba oznacza, że rośnie nam mały włóczykij 😀

DSC_1552

DSC_1521

DSC_1530

DSC_1582

DSC_1557

DSC_1434

DSC_1624

DSC_1643

DSC_1641

DSC_1615

DSC_1607

DSC_1483

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *