Żelazko, dziecko i inne…

Stało się.
7 lutego nad ranem urodziłam swojego pierwszego syna.
Żeby nie skłamać powiem, że łatwo nie było ale strasznie też nie. Po tym wszystkim, czego się nasłuchałam o porodach, po wszystkich filmach, którymi katowałam głowę przez dziewięć miesięcy i po wyobrażeniach, jakie na ten temat miałam – uznaję teraz, że poród w moim wypadku był jak przysłowiowa bułka z masłem.
Być może wpływ na to miało moje nastawienie: cały czas byłam przekonana, że ból jaki czuję, to jeszcze nie TEN ból, że będzie gorzej. Nie było. Było znośnie.
No i rodziłam w Wielkiej Brytanii.

Jasiek ma się dobrze. Śpi, je i zwraca na siebie uwagę wszystkich wokół. Zbiera prezenty i komplementy. Flirtuje z ciotkami.

A u nas – świeżo upieczonych rodziców – zmiany. Mniej czasu dla siebie. Niestety. Do tej pory i tak było go zbyt mało – teraz jest go jeszcze mniej, mimo obecności mojej mamy i jej nieocenionej pomocy. Jedno z nas pracuje na dwa etaty, drugie stara się złapać kilka chwil na sen w ciągu dnia (to ja!). Mijamy się gdzieś w czasoprzestrzeni, mając jedynie nadzieję na zamienienie kilku słów przed snem i szybkiego całusa. Jednak oboje wspieramy się wzajemnie. Jesteśmy razem na tyle długo, że bez zbędnych gestów czujemy wspólną bliskość.

Żartujemy, że łączy nas co raz więcej: wspólne żelazko, aparat, kot i dziecko.
I jest nam bosko 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *