Matka Samo Zuooo

14375421_1269098556447534_40027420_o

Fajnie jest mieć dziecko. Serio. To całkiem spoko. Najpierw to sama słodycz (poza momentami kiedy wymiotuje ci na ramię zaraz po zjedzeniu mleka i robi rzadką zieloną kupę minutę po tym, jak zmieniłaś mu pieluchę), później radosne chwile nabywania nowych umiejętności: a to podnoszenie główki, a to siedzenie, pierwszy ząbek, pierwszy kroczek, pierwsze “mama”, pierwsze “nie!” (taaak, za pierwszym razem nawet to jest urocze i zachwycające, ale tylko za pierwszym razem…) a jeszcze później ważne momenty, które przeżywasz bardziej niż ono: przedszkole, szkoła, wagary, pierwszy pocałunek, zawód miłosny, wpadka itepe, itede…

Ale spójrzmy prawdzie w oczy: za tym wszystkim kryje się ciemna strona mocy, druga twarz matki, która przecież nie zawsze z kamienną twarzą przyjmuje na klatę co raz to nowe kuksańce od swojego nie zawsze cudownego dziecka.

No bo powiedz szczerze, nie zdarzyło ci się nigdy stracić kontroli? Nie puściły ci nerwy? Nie miałaś już dość? Nie mówiłaś, że to wszystko piźniesz i wyjedziesz do Australii pracować w oceanarium?
Ile razy podniosłaś głos na syna, który ledwo zaczął chodzić a już się okazało, że jego ulubioną zabawą jest sięganie po twoją kawę, jak tylko wypatrzy ją na stole i w nosie ma wszelkie prośby i groźby z twojej strony? Ile razy obiecywałaś sobie, że będziesz go zdrowo karmić: same jajeczka od kurek zielononóżek, woda, warzywa, owoce a kiedy przychodzi co do czego, sadzasz go w krzesełku, stawiasz przed nim talerz z pokrojoną w plasterki parówką, polaną obficie keczupem, do butelki wlewasz sok i mówisz, że to ostatni raz, bo marzysz tylko o tym, żeby iść w spokoju do kibla zrobić siku?

Znam to i ja.

Też miałam Jankowi absolutnie nie dawać żadnych słodyczy aż do jego osiemnastki ale litości – przecież torta na swój roczek musiał spróbować, nie po to robiłam go osiem godzin, żeby solenizant miał na niego tylko popatrzeć i żeby tata zrobił mu z nim zdjęcie!
I chrupek też miał nie jeść a tu się nagle okazało, że chrupki to taki cudowny wynalazek, zwłaszcza kiedy się go używa w supermarkecie na zakupach, bo zatyka dziecięcą buzię na kilka cennych minut i sprawia, że bobas siedzi grzecznie w wózku zajęty żuciem truskawkowego flipsa.
O żłobku miało nawet nie być mowy – zastanawiałam się nawet, czy do przedszkola będę skłonna go puścić, bo jak takiego maluszka oddać komuś obcemu, zapomni zaraz kto to mamusia i w ogóle nauczy się nowych rzeczy a ja tego nie zobaczę jako pierwsza! – a jeszcze dobrze nie zaczął siedzieć, jak ja już wydzwaniałam po okolicznych instytucjach, żeby mu zaklepać jak najszybciej miejsce i mieć święty spokój!
Na Tatę wrzeszczałam, kiedy pozwalał małemu popatrzeć w tableta, że dziecko uczy gównianych rzeczy i że zamiast z nim bajeczkę poczytać to mu jakieś dinozaury każe karmić wirtualne, a miesiąc później sadzałam już Janka na kanapie, okładałam misiami i słodziutko szeptałam do uszka: daj kochanie dinozaurowi jabłuszko, mamusia sobie szybciutko mejkap zrobi, ugotuje obiad, pozmywa, pranie powiesi…

Więcej przykładów?

Bardzo proszę:
– na serio nie będę mu dawać parówek! – No ale co jest złego w tym, że sobie ją gryzie jak ogląda bajkę? Może to i jest szit, ale nikt nie powiedział, że życie jest jak wycieczka do Las Vegas. Później się okaże, że ja dmuchałam, chuchałam i zabraniałam parówek a o na studiach będzie się żywił wyłącznie nimi. Dopiero się organizm zdziwi!
– miałam nie kupować mu tylu zabawek – plan był taki, że bawiąc się sami będziemy tworzyć zabawki, bo raz, że oszczędność a dwa, że będzie się młody rozwijał plastycznie, sensorycznie i idyllicznie zarazem. Skończyło się na tym, że zrobiliśmy jedno pudło z otworami na klocki a reszta już masowo przychodzi kurierem. Niech kto inny wycina kwadraty w kartonach, ja dziękuję.
– zero lodów. Jasne. Dziecku zabronisz?!
– nie będę wpadać w szał zakupów – i w zasadzie nie wpadam, bo nadal nigdy nie mam się w co ubrać, za to młody ma szafę wypchaną szmatkami na milion różnych okazji, pomnożonymi razy trzy w przypadku a) niepogody, b) upału c) końca świata – a i tak właśnie mi się przypomniało, że najwyższa pora dokupić bodziaki na jesień…

Obiecanki-cacanki, a głupiemu radość

Gdzieś już chyba pisałam, że życie weryfikuje rzeczywistość i maluje ją taką, jaką chce a my – matki – możemy sobie nadal wesoło planować, bo kiedy nadchodzi czarna godzina albo jakaś inna niespodziewana katastrofa, ratujemy się byle czym: raz parówką, raz tabletem.
I wcale nie jesteś gównianą matką, kiedy zagryzając wargę wciskasz dziecku swój telefon i idziesz wziąć kąpiel, bo czy nie obiecałaś mężowi, że jak ci kupi zmywarkę to zlew zawsze będzie pusty a naczynia umyte? Obiecałaś. A jak jest sama wiesz, i nie jesteś przez to najgorszą żoną ever, no nie?

14375347_1269098706447519_1696742243_o

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *